Uprzejmie proszę nie porywać dzieci!

– Znajomy znalazł małego, siedzącego nisko puszczyka. Co z nim zrobić? – zapytał nasz przyjaciel Andrzej. – Zostawić – odpowiedziałem natychmiast.

Takich pytań wiosną dostaję masę. I telefonicznie, i mailowo. Ludzie patrzą na wszystko z własnej perspektywy. A ludzki punkt widzenia jest taki, że mamy jedno, czasami dwoje dzieci, czyli „młodych”. Nasze młode rodzą się raz na kilka lat, a najczęściej jeszcze rzadziej i wymagają bardzo długiej opieki i inwestowania w nie, by coś z nich wyrosło. Mamy więc zwykle jedno młode wymagające stałej opieki, które jest pod permanentną kontrolą jednego z rodziców, dziadków lub innych dorosłych. Według naszych standardów dziecko samotne, którym nie opiekuje się dorosły, to nie jest stan normalny. Takie dziecko od razu wzbudza zainteresowanie i niepokój. I bardzo dobrze, że tak jest! Jednak nie wszystkie gatunki wybrały akurat taką strategię opieki nad młodymi.

Andrzej zadzwonił dokładnie w chwili, gdy obserwowałem, jak żyje i funkcjonuje rodzina puszczyków uralskich. Puszczyki uralskie to oczywiście inne ptaki niż zwykłe puszczyki, ale to nie jest akurat ważne, bo sposób wychowywania młodych u puszczyków zwykłych i tych uralskich jest bardzo podobny. Zresztą nie tylko u nich. Tak wychowują młode sowy uszate, puszczyki mszarne, drozdy i masa innych ptaków i ssaków.

 

z15888593AA,To-nie-porzucone-dziecko--Ten-puszczyk-udaje--ze-g

To nie porzucone dziecko. Ten puszczyk udaje, że go nie ma Fot.Adam Wajrak

Ich relacje z dziećmi na pewnym etapie życia polegają na tym, że rodzice robią wiele, by pokazać, iż nie mają młodych, a młode starają się jak mogą, żeby udowodnić światu, że nie mają rodziców i rodzeństwa. Moje puszczyki po wykluciu z jaj niezbyt długo były w gnieździe stanowiącym po prostu niezbyt głęboką wyrwę w wielkim buku. Młode pokryte puchem, choć z lotniczymi zdolnościami nie lepszymi od przeciętnej kury, do tego niezdarne, jedno po drugim wylazły z gniazda. Najpierw największy, dzień po nim średni, po czym ostatnie dwa, najmniejsze. Rozlazły się po okolicy. Jeden wdrapał się na wysoki buk, inny na zupełnie niski świerk, kolejny usiadł po prostu na jakimś pniu tuż nad ziemią, a ostatni powędrował po gałęzi znajdującej się obok gniazda.

Tak rodzina puszczyków rozprasza ryzyko. Gdyby wszystkie siedziały w gnieździe albo na jednej gałęzi, byłyby łatwym celem. Owszem, puszczyki uralskie potrafią rzucić się z pazurami na intruza, który zagraża ich dzieciom, ale może się przecież pojawić taki wróg jak orzeł przedni, któremu nie dadzą rady. Puszczyki nie mogą unieść swojego młodego, by z nim zwiać. A poza tym na głowie mają nie jednego, ale czwórkę lub szóstkę gamoniowatych maluchów. Dlatego rozpraszanie młodych i udawanie, że w okolicy nic specjalnego się nie dzieje, a na pewno nie ma żadnej rodzinki z dziećmi, jest najlepszą strategią. Zwykle jest tak, że małe siedzą godzinami w różnych miejscach w zupełnym bezruchu, a rodzice nie bywają obok nich, choć są w okolicy. Karmienia odbywają się rzadko, może dwa, trzy razy na dobę. Każdy z maluchów dostaje po nornicy lub myszy. Karmienie trwa kilkanaście sekund, a później znów zalega cisza i bezruch. Podobnie robią sowy uszate i puszczyki, ale też skowronki albo wiele drozdów, które też opuszczają gniazdo, gdy jeszcze dobrze nie latają albo nie latają wcale.

Na takiego właśnie malucha, który siedzi sobie gdzieś w długi weekend, może trafić wielu z państwa. To czas, w którym pełno jest młodych sów siedzących sobie tu i tam. Na pierwszy rzut oka wyglądają na zupełnie nieporadne, bo przecież w puchu, same, bo rodziców nie widać i jeszcze poza domem. Ale to wszystko pozory i nasze ludzkie obawy. I choć widok tych maluchów wyzwala chęć pomocy, to w 99,9 proc. przypadków naszej interwencji nie potrzebują.

Zabranie takiej sowy będzie niczym innym jak porwaniem dziecka, które wychowuje się w sposób najwłaściwszy z możliwych i znajduje się pod odpowiednią opieką. Proszę o tym pamiętać.

Cały artykuł wraz z filmami dostępny tutaj

Artykuł autorstwa i dzięki uprzejmości pana Adama Wajraka, dziennikarza Gazety Wyborczej.